czwartek, 15 grudnia 2016

Rozdział VIII

*Lili wyjechała z Mają, ma jej pilnować, żeby nie przesadzała z pracą (obiecała Vic i Kendallowi) i tym samym spędzić więcej czasu z siostrą
Wiktoria
Włożyłam klucz do zamka i przekręciłam dwa razy w lewo. Pociągnęłam za klamkę tym samym powodując, że drzwi od mieszkania Mai otworzyły się. Weszłam powoli do środka i rzuciłam klucze na pobliski mebel, znając mnie pewnie potem będę ich w pośpiechu wszędzie szukać. Spojrzałam smutno na zegarek wiszący na ścianie i cichutko westchęłam, całe kilka tygodni sama. Maja przed wyjazdem mówiła, że zawsze mogę zaprosić chłopaków albo Alexę, na pewno w każdej chwili z chęcią do mnie przyjdą. Niby jej wierzę, ale nie chcę też nikomu przeszkadzać, z pewnością mają milony swoich spraw, a jeszcze taka "ja" wali im się na głowę.
-Odpada! - Mruknęłam sama do siebie, i jakby na potwierdzenie tego pokręciłam kilka razy głową na boki.
Skoro było już po dwudziestej postanowiłam zrobić sobie długą kąpiel i pójść szybciej spać skoro jutro idę do pracy. Skierowałam się do jednej z łazienek i zaczęłam nalewać do wanny ciepłej wody, zapaliłam parę świeczek, włączyłam radio - leciała jakaś spokojna melodia.
-Idealna atmosfera! - Zdecydowanie powinnam przestać mówić sama do siebie.
Kiedy weszłam do wanny poczułam kojące ciepło, przymknęłam oczy wsłuchując się w melodie i nawet nie wiem kiedy odpłynęłam do krainy Morfeusza. Wystraszona nagłym hałasem zachłysnęłam się wodą, oczywiście zapomniałam, że wciąż biorę kąpiel i widać tego skutki. Wychodząc z wody i przebierając się w jedną z moich ulubionych satynowych koszul nocnych, rozmyślałam co mogło spowodować moją nagłą pobudkę. Pierwsza myśl to trzask zamykanych dzrwi. O Mój Boże, czy ja wogóle je zamknęłam? A co jak to jakiś włamywacz albo płatny zabójca, a może handlarz ludzkimi narządami? Okradnie, zabije, poćwiartuje, sprzeda? STOP! Za dużo myśli, wdech i wydech. Spokojnie bez paniki może to tylko przeciąg i nie potrzebna ta cała wariacja. Wyłączyłam radio i na trzęsących nogach weszłam do salonu. Wszystko jest w porządku, najwyraźniej mam omamy słuchowe. Wzięłam jeszcze kilka wdechów dla uspokojenia i skierowałam się do kuchni w celu zjedzenia wczorajszej serowej zapiekanki z makaronem. Przez chwilę miałam nawet wrażenie, że widzę jak jakiś cień się rusza, ale to zdecydowanie moja zbyt wybujała wyobraźnia płata mi figle. Ale ja jestem głupia! To pewnie Foxi znowu rozrabia. Uśmiechnęłam się sama do siebie, że w końcu udało mi się rozwiązać zagadkę tego całego zamieszania. Byłam niczym Sherlock Holmes!
Nagle światło zgasło. Ciemność, nic poza tym. Czy to korki wysiadły? Co za dzień! Nagle poczułam jak ktoś przykłada mi rękę do ust, mój oddech przyśpieszył, serce biło szybciej niż zwykle. Aha, a jednak miałam racje! Ale to chyba raczej nie czas na myślenie o tym.
-Chciałem po dobroci, ale za to Ty nie już niezupełnie, więc będę musiał sam pozbyć się problemu. - Mężczyzna szepnął mi do ucha, a do moich nozdrzy dostał się odór alkocholu.
Ten obrzydliwy znajomy głos, ale nie mogę sobie przypomnieć kto to jest. Nie wiem nawet o co mu chodzi, o jakim on problemie mówi? W nikłym świetle lamp zza okna dostrzęgłam jak owy mężczyzna trzyma jakiś przedmiot w swojej prawej ręce. Postanowiłam działać szybko i ugryzłam go lewą dłoń i ślepo kopiąc w czuły punkt.
-Suka!
Jednak nie byłam tak szybka mi się wydawało, włamywacz dźgnął mnie nożem w brzuch. Syknęłam z bólu i upadłam na kolana, dotknęłam bolącego miejsca i poczułam, że moja ręka zetknęła się z czymś mokrym i lepkim. Cholera, ja krwawię! Szybko się ocknęłam i chwiejnym krokiem postanowiłam poszukać włącznika. Po paru sekundach znalazłam to czego szukam i ciemność ustaliła miejsce jasności. Spojrzałam na mężczyznę, miał kominiarkę przez co nie mogłam zobaczyć jego twarzy, co z kolei utrudnienia mi jego identyfikację. Opierał się o kuchenny blat trzymajać się za swoje kroczę. Czyli kopnęłam go po swojej myśli, można powiedzieć, że jesteśmy 1:1. Spojrzał na mnie, a ja myśłałam, że zaraz zwymiotuje, dostałam gęsiej skórki, cała moja radość z triumfu nagle gdzie zniknęła.
-To nie ta dziwka! Gdzie jest ta druga? Gadaj! - pośpieszał mnie
Czy jemu chodziło o Maję? Chyba ma coś nie tak pokolei w głowie, jeśli myśli, że mu powiem. I tak nie jestem w stanie wydobyć siebie z żadnego dzwięku, więc Twoje szansę na jaką kolwiek informacje z mojej strony są równe zeru.
-Nie chcesz mówić, trudno. To Twój zasrany problem, ale wiesz, że teraz będę musiał się Ciebie pozbyć. Za dużo wiesz. -  Raczej stwierdził, niż spytał.
Przełknęłam głośno ślinę. Pozbyć? Czy on ma na myśli to, że chcę mnie zabić. Jak za dużo wiem? Właśnie nic nie wiem, może zechciał byś mnie oświecić? Nie dając mi prawie żadnego czasu na przetworzenie jego słów, zaczął zbliżać się do mnie trzymając ten sam nóż, którym zranił mnie poprzednio. Moje nogi są jak z waty, nie mogę się ruszyć, tylko patrzę jak odległość między nami się zmiejsza. Jednak w porę udaje mi się ogarnąć strach, gdy morderca jest już niebezpiecznie blisko mnie. Robię unik w bok i prześlizguje się pomiędzy jego nagami. Gdy on stoi tam zdezorientowany i próbuje zrozumieć, co właśnie się stało, ja w tym czasie staram się szukać czegoś czym mogłabym się bronić. W pewnej chwili zauważam wazon z kwiatami i niewiele myśląć rzucam go w jego kierunku. Szkło roztrzaskuje się na jego głowie, ale jego ani trochę to nie rusza, zatrzymuje się tylko na chwilę, upuszcza nóż i idzie dalej.
-Tak chcesz się, bawić mała kurewko? Więc zacznijmy zabawę!
W jednej sekundzie jego obrzydliwe łapska zaciskują się na mojej chudej szyi, a ja czuję, że zaczyna mi brakować pwietrza. Szarpie się i próbuje się wyrwać, ale to tylko pogarsza moją obecną sytuację. Na ślepo szukam rękoma jakiegoś przedmiotu, który mółby dać mi klucz do powietrza. Czułam jak teraz życie ze mnie ucieka, ostatkami sił udało mi się coś złapać, szybko dźgnęłam tym mojego oprawcę, a ten tylko zrobił tylko kilka kroków w tył i wyciągnął widelec wbity w jego rękę. Na kuchennym blacie udało mi się znaleźć patelnie i gdy znów ku mnie zmierzał, zamachnęłam się i uderzyłam go nią w twarz. Runął bez życia na podłogę. Mój słodki Jezu, czy ja go zabiłam? Zaczęłam się dławić powietrzem i własnymi łzami. Osunęłam się po ścianie, przyciskając swój lewy bok, o którym wcześniej kompletnie zapomniałam. Pewnie przez nagły dopływ adrenaliny nie czułam bólu, ale teraz każdy najmniejszy wdech i wydech bolał jak milion wbijanych szpilek. Gdzie jest jakiś telefon? Z niesamowitym bólem jakoś doczołgałam się do nieprzytomnego mężczyzny. Znałazłam w kieszeni jego bluzy telefon. Cholera ma hasło. Drzącymi rękoma próbowałam wpisać cztery jedynki, czyli jedną z najbardziej możliwych opcji. Udało się! Ten idiota naprawdę miał takie hasło. Łzy ciurkiem spływały mi po twarzy, musiałam wyglądać strasznie. Czułam jak robi mi się coraz bardziej słabo, szybko wpisałam znany mi numer i czekałam, aż osoba po drugiej stronie odbierze telefon. Szybciej, proszę Cię.
-Halo? - Dziękuję, że mnie wysłuchałeś.
-James, pomocy. - Tylko tyle zdołałam z siebie wydusić i zaczęło się robić ciemno. Czy tak będzie wyglądać mój koniec?

_______________________________________________________
I mamy 8 rozdział! Po 9 miesiącach, ale mamy! :) Wiem, że mnie za to zabijecie. I tak wydaje mi się, że ten rozdział jest nijaki i słabo mi wyszedł. Na pewno nie tak jak chciałam. :( Źle mi wyszło opisanie tego, przyznam, że sam pomysł mi się podoba, ale wykonanie już nie. Spieprzyłam sprawę. Przepraszam, może uda mi się jakoś to poprawić. Może inna perspektywa, byłaby tu lepsza?
Tym razem coś nowego powinno pojawić się jescze do Świąt. :))
Tym czasem żegnam się z miłym Państwem ;*






piątek, 15 kwietnia 2016

Rozdział VII

1 dzień wcześniej:
Kendall 
Jak ja go tylko zobaczę to własna matka go nie pozna! Co za pojeb! Jak on mógł ją uderzyć!? Jak on mógł doprowadzić ją do płaczu!? Albo podnieść głos gdy z nią rozmawiał!? Ona jest przecież jak aniołek, jak księżniczka, jak pyszne bułeczki o poranku. Ona jest szansa, która trafia się raz na milion lat. Ma takie śliczne, miękkie i jedwabiste włosy, i te oczy... czy jest coś piękniejszego? Wystarczy raz w nie spojrzeć i zapomina się o Bożym świecie...rozmarzyłem się. Do porządku doprowadziły mnie drzwi, które właśnie się otwierały. Te same, na które patrze się od dobrej godziny. Wszyscy siedzimy i czekamy na wyjaśnienia, informacje, cokolwiek. Victoria wyszła z pokoju Mai.
-Chyba właśnie zasnęła. Już wcześniej nawet kilka razy wydawało mi się, że udało jej się w końcu usnąć, ale budziła się na nowo z płaczem. Średnio z nią. - spuściła wzrok - Ale ja temu sukinsynowi nie daruje! - podniosła głos, po czym zaraz go ściszyła, przypominając sobie, że jej przyjaciółka śpi za ścianą obok - No nie daruje! Jak tak można? Kazać zrobić coś takiego? Nie wyobrażam sobie!
-Nie miał prawa jej tknąć zgadzam się. - Wtrąciłem się
-Damski Bokser! - Powiedział James
-Skurwiel! - Odezwał się Carlos
-Nie tylko o to chodzi, przejdźmy do kuchni zrobię herbaty i wszystko wam opowiem.- Po 10 minutach Vic zaczęła opowiadać -Chodzi oto, że ten bydlak zrobił jej dziecko, Maja jest w ciąży. I kazał jej tą ciążę usunąć, bo on nie ma czasu na wychowywanie dziecka i nie jest na to gotowy. Proszę Was? Czy ktokolwiek, kiedykolwiek jest na to gotowy? Cham jak ich wiele. On niech spieprza gdzie pieprz rośnie, ja pomogę Mei w wychowywaniu dziecka. Nawet kiedy Ci wydaje, że gorzej być nie może, to trzeba wierzyć, że będzie lepiej. Przecież zawsze mogło być gorzej, nigdy nie trać nadziei na lepsze jutro. - Uśmiechnęła się słabo i wzięła łyka herbaty. - Mam nadzieje, że Majka nie będzie miała mi tego za złe,że wam powiedziałam. Szczerze mówiąc to nawet mi tego nie powiedziała. Tylko ja tak jakby ją podsłuchałam wczoraj, kiedy kłócili się na imprezie.
Wszystko się we mnie gotowało. Ona będzie miała dziecko i to z NIM! Ledwo co panowałem nad sobą, chciałem rozwalić wszystko co stoi mi na drodze. Ale teraz najważniejsze jest pomóc Mai. To będzie mój cel życiowy od dziś, pomóc jej przez to przetrwać!

2 miesiące później:
Wiktoria
Ten palant przyszedł tu kilka razy, błagał o wybaczenie, ale nawet go nie wpuściłam. Nawet mi groził, ale zjawił się Kendall (jak co dzień). Maja chciała wrócić do pracy, ale na razie jej nie pozwoliłam, przez tego drania i emocje, jakie jej przysporzył. Była bardzo osłabiona i zdarzyło jej się kilka razy zemdleć w ciągu tych dwóch miesięcy. Ale teraz, na szczęście jest w porządku. Jutro ma wizytę u lekarza, jeżeli wszystko będzie dobrze, wróci na trochę do pracy. Jeśli o mnie chodzi to ja powolutku jakoś oddaje pożyczone pieniądze mimo iż Maja nie chcę, ale to się kłóci z moją naturą. I staram się też dorzucać na dom. Zamieszkała z nami Lili, im więcej tym weselej jak to się mówi. Siedzimy teraz w kuchni i przygotowujemy kolacje, Mei wyszła na spacer z Kendallem.
-Tak w ogóle too.. - Zaczęła niepewnie dziewczyna - Czemu, nie wzięłaś ze sobą Emily? - Zatkało mnie, poczułam jak wilgotnieją mi oczy
-Wiesz... - z trudem przełknęłam ślinę - to była decyzja podjęta spontanicznie. I... - Zadzwonił dzwonek do drzwi. Dzięki Ci kimkolwiek jesteś, zjawiłeś się w odpowiednim momencie.
-Ja odtworzę to pewnie Majka - Uff, odetchnęłam z ulgą, a pojedyncza łza spłynęła mi po policzku. Odwróciłam się szybko i pozwoliłam dać upust kolejnym. Jak ja mogę tutaj żyć, być szczęśliwa, kiedy moja siostra...Właśnie! Nie wiem co z nią? Dzwoniłam, w każdy razie próbowałam, bo za każdym razem napotykam głuchą ciszę jakby ten numer nie istniał.
-Vic! Gdzie jesteś? - usłyszałam głos brunetki, wytarłam szybko rękawem swetra niesforne krople łez.
-Tutaj! W kuchni! - powiedziałam zachrypniętym głosem
-Chodź na kolacje, wezmę tylko...wszystko w porządku? Czy Ty płakałaś?
-Nie no skąd. - Zaprzeczyłam - Wszystko jest okej, już idę, pomóc Ci w czymś?
-Nie trzeba dam sobie, zaraz do Was przyjdę, nie czekaj na mnie.

I tak oto minął mi kolejny dzień. Ułożyłam się pod cłiepłą kołderką.
-Moja mała księżniczko, gdzie jesteś? Tęsknie. Martwię się. - zamknęłam oczy i spróbowałam usnąć.

-Udało się! Wyjeżdżam jak najszybciej, puki jeszcze mogę. - zaśmiała się brunetka, gdy szłyśmy jedną z alejek parku.
-Aż tak cieszysz, że mnie zostawiasz? - zrobiłam smutną minkę.
-Nie no coś Ty! Przecież wiesz. Chcę jeszcze popracować puki mogę.
-Oj, no wiem, droczę się tylko z Tobą.
-Miałam Ci coś jeszcze powiedzieć, ale zapomniałam. - Maja na razie bezskutecznie próbowała sobie przypomnieć jakąś sprawę.
-Dobra, jeżeli było to ważne to sobie przypomnisz...kiedyś na pewno - obie wybuchłyśmy śmiechem - A kiedy wyjeżdżasz?
-Myślę, że chyba za jakieś trzy godziny. Prawdopodobnie na jakiś miesiąc może dwa. Zresztą zobaczę jeszcze.... Nie martw się nic mi nie będzie. - powiedziała widząc moje zmartwienie i niepokój.
-Mam taką nadzieje. Ale pamiętaj jak tylko, źle się poczujesz wracasz tu pierwszym najbliższym samolotem. Zrozumiałaś?
-Tak jest panie kapitanie! - zaśmiała się
-To nie jest śmieszne Maja! - skarciłam ją - Przecież wiesz, że się o Ciebie martwię.
-Tak, tak wiem, ale widzisz? - spytała, dłonią wskazała na siebie i obróciła wokół swojej osi - Nic mi nie jest. Czuje się świetnie. Jestem szczęśliwa. A teraz chodźmy może trochę szybciej, bo się nie zdążę spakować. - pociągnęła mnie za ręka i zaczęła, biec w kierunku domu. Czułam się wtedy jakbyśmy znowu miały te kilka lat, to było tak dawno...czasami tęsknie za tamtymi chwilami beztroskiego dziecka. Dziecka, któremu wydaje się, że problem jest lizak, którego nie kupiła mama albo warzywa, które za wszelką cenę próbuje wcisnąć do ust tata, mówiąc, że jest smaczne. Czy nawet głupie zabawa z siostrą w fryzjera podczas, której wzięła Twoją ulubioną lalkę i obcięła jej połowę włosy. Czy to jeszcze kiedyś wróci? Czy jeszcze kiedyś się spotkamy? Czy jeszcze kiedyś zobaczę ich twarze?
________________________________________________________________
Tak wiem, długo nie pisałam. Przepraszam, postaram się poprawić, ale nie wiem czy mi się to uda. :/
Zostawiam was, z tym niedorobionym rozdziałem, który wcale, a wcale nie podoba. Jakoś inaczej to sobie wyobrażałam. Może następny wyjdzie lepiej, oby. xd
Mam prośbę. Jeżeli przeczytałeś, skomentuj, bo nie wiem ile osób to czyta i czy mam dla kogo to kontynuować. :)

niedziela, 10 stycznia 2016

Rozdział VI

Maja
Wciąż nie mogłam się otrząsnąć po wydarzeniach z ostatniej chwili. Philip, mój piekący policzek, Wiktoria, James, chłopki. Mimowolnie po mojej twarzy spływać łzy, z trudem łapałam powietrze. Poczułam, że ktoś mnie przytula i przykrywa kocem, to była brunetka, wycierała moje łzy, szepcząc do ucha "Wszystko będzie dobrze.", "Już po wszystkim, jego już tu nie ma.", "Nic i już nie grozi, nie zrobi Ci już nigdy krzywdy,a ja się już o to postaram. Jesteś bezpieczna.", "Nie zamartwiaj się."
-Nie musisz na razie nic mówić kochanie. Położymy się i odpoczniemy, zgoda? - Ja tylko przytaknęłam głową, i po chwili znalazłam się w silnych ramionach Jamesa. Za nim szła Vic. Leżałam teraz w swoim łóżku przykryta ciepłą pierzynką. Przyjaciółka przytuliła się do mnie.
-Co się ze mną dzieje? Nie płakałam od śmierci rodziców, od czasów problemów z Lili. - Chlipnęłam - Co jest ze mną nie tak? Ja chcę tego dziecka, nawet nie wiesz jak bardzo. Czemu on nie mógł tego zrozumieć? - Zaniosłam się płaczem. 
-Ciii.. - uciszała mnie Wiktoria, głaszcząc moje włosy - Musisz teraz odpoczywać. Zamknij oczka i pomyśl o samych dobrych chwilach. - chyba podziałało, bo powoli zaczęłam się uspokajać i odlatywać w głęboki sen, poczułam tylko jeszcze jak brunetka kładzie głowę na moich plecach, i zasnęłam.
Obudziłam się następnego dnia,Vic była w pracy, spojrzałam na zegarek było niewiele po 14. Napisałam do siostry, że chciałabym się z nią spotkać o 15:30 w naszej ulubionej kawiarni i, że jest to sprawa niecierpiąca zwłoki. I poszłam zjeść "śniadanie". Potem zaczęłam poranną toaletę i wybrałam jakieś ubranie z szuflady. Nim się obejrzałam a do spotkania z Lili zostało mi 10 minut. Wzięłam kluczyki od samochodu, zamknęłam mieszkanie i zeszłam po schodach, by po chwili zasiąść na miękkim skórzanym fotelu za kierownicą. Po kilkunastu minutach dotarłam na miejsce. Blondynka już czekała przy stoliku z sokiem o barwie pomarańczowej. Przywitałam się z siostrą i zamówiłam to samo i jeszcze szarlotkę. 
-Jaką to ważną sprawę masz do mnie? 
-Może nie zupełnie bezpośrednio dotyczy ona Ciebie, ale...dotyczy. Mam dla Ciebie dobrą nowinę.. . Będziesz ciocią! - Powiedziałam z uśmiechem
-Co? Jesteś w ciąży? - 
-Tak, nie cieszysz się? - Mina mi trochę spochmurniała, spodziewałam się innej reakcji.
-Jak mam się cieszyć? Będę musiała niańczyć jakiegoś bachora! Ale to nawet nie o to chodzi. Jak mogłaś mi to zrobić! Wysłałaś mnie do szkoły z internatem, ze względu na swoją pracę, a teraz sama będziesz mieć dziecko. Nie masz na nie czasu! Tak jak na mnie nie miałaś! - po jej policzku słynęła łza. Wzięła swoją torbę i chciała wyjść, ale złapałam ją za nadgarstek. - Puść mnie, to boli!
-Liliana, zaczekaj! - Wstałam z krzesła i spojrzałam jej w oczy -  Nie wiedziałam, że tego nie chcesz, byłam pewna, że tego właśnie potrzebujesz. Uwolnić się ode mnie. Ja chciałam tylko, żebyś była szczęśliwa. Przepraszam, przecież wiesz, że Cię kocham. Jesteś moją malutką siostrzyczką. - Mocno ją przytuliłam, a ona odwzajemniła ucisk.
-Byłam pewna, że mnie nienawidzisz, że wysłałaś mnie tam żeby się mnie pozbyć, żyć wolnym życiem i zająć się swoją karierą, a ja nie chciałam Ci tego utrudniać. - szlochała blondynka
-Nie płacz. Jeśli chcesz możemy zamieszkać znowu razem. 
-Tak! Chcę! Bardzo!
-Jeszcze popracuje kilka miesięcy, ale nie martw się Victoria się Tobą w tym czasie zajmie.
-Dobrze. Czy to ta Victoria,o której myślę, że to ona?
-W rzeczy samej. - Posłałam się uśmiech
-Emily też przyjechała?! - Zapytała uradowana
-Niestety nie, ale może kiedyś, kto wie - Pogłaskałam ją - Choć do domu porozmawiamy i wszystko Ci opowiem. - Poszłam zapłacić i pojechaliśmy.
___________________________________________________________________________
I tak oto pojawił nam się  rozdział po tak długiej przerwie i pierwszy w 2016 roku i w sumie przegapiłam też urodziny bloga, jestem do bani.

sobota, 24 października 2015

Rozdział V

Maja
Po wydarzeniach z wczorajszej nocy, prawie nie zmrużyłam oka. Vic chyba coś podejrzewała, może słyszała naszą wczorajszą kłótnie? Nie mogę jej jeszcze nic powiedzieć. Około 15 zadzwonił Philip, odebrałam. I może to był błąd, powinnam mu dać więcej czasu, żeby na spokojnie przemyślał całą sytuacje. W końcu będzie ojcem. Umówiłam się z nim na 16 u mnie w domu, Wiktorii akurat nie będzie miała iść na spacer do parku, mówiła, że musi coś przemyśleć. Blondyn spóźniał się już trzydzieści pięć minut. W końcu rozległ się dźwięk dzwonka, poszłam otworzyć. Bez słowa wszedł do mieszkania.
-Skąd mam wiedzieć czy jest moje?- warknął.
-Że, co proszę? Masz mnie za sukę, która włazi do łóżka byle komu? - Jak on śmie?
-Pytam czy jest moje!? Odpowiedz! Teraz! - wrzasną i walnął dłonią o blat stołu. Nigdy taki nie był zawsze był troskliwy i miły.
-Tak jest Twoje! Tylko Ciebie kocham! Nie mogłabym spać z kimś innym będąc z Tobą Philip. Kocham Cię!
-Usuniesz to! Słyszysz? Albo tego pożałujesz. - zaczął się do mnie przybliżać, a ja się cofałam. W co ja się wpakowałam?
-Nie mogę! Wyjdź z mojego domu!
-Wyjdę kiedy mi się będzie podobać, rozumiesz kochanie?
-Kochanie? - znalazłam się już pod ścianą jego ręka się podniosła...chciał mnie uderzyć - Zostaw mnie! -krzyknęłam, ale to nic nie zmieniło dostałam w twarz twarz od mojego chłopaka. Czy on w ogóle jeszcze nim jest? Łzy spływały ciurkiem po moich policzkach. Byłam cała przerażona.
-Usuniesz to? -powiedział łagodnie i słodko.
-Nie! - mój głos drżał -Nigdy?
-Czy ty się niczego dzisiaj nie nauczyłaś?
-Nauczyłam...jak wielkim dupkiem jesteś!
-Ty,,,szmato! Doigrałaś się!
Zamknęłam oczy i czekałam na swoją karę.
-Jeżeli coś jej zrobisz będziesz miał ze mną do czynienia! -usłyszałam kobiecy głos.
-Tak? A co mi zrobisz dziewczynko?
-Podejdź to się przekonasz. - powiedziała pewnie, posiadaczka głosu. Otworzyłam oczy by zobaczyć kto przyszedł mi na ratunek. Mój Boże! Przecież to Vic! Jeszcze coś jej zrobi.Philip zbliżał się w jej stronę, I już chciał zrobić to co ze mną, ale ktoś zatrzymał jego rękę. To był James, i chłopaki. Wszyscy do mnie podbiegli poza Jamesem, który rozprawiał się z moim byłym.
- Chłopak to Ty nie wiesz, że dziewczyn się nie bije? - powiedział brunet i puścił jego dłoń, po czym wziął zamach i walnął pięścią w twarz Bronte rozwalając mu przy tym nos.
-Jak ja Ci zaraz dam...to pożegnasz się ze swoją piękną twarzyczką!
-Tak? Nie sądzę. Chłopaki! Pokażcie, proszę gościowi, gdzie są drzwi.- złapali Philipa i wyrzucili go za drzwi.